piątek, 21 listopada 2008

zapalcie świeczkę... (31 października 2008)

...dla Esty, gdziekolwiek jutro będziecie.

I napiszcie, dlaczego Ją pamiętacie, jak się spotkaliście, co z tych spotkań zostanie w Waszej pamięci. Albo w komentarzach, albo w mailu do mnie, a ja to opublikuję.

Poniżej kilka słów od przyjaciół, kolegów. Dodajcie proszę swoje...

Nadię poznałam na początku 2 klasy gimnazjum. Siedziała na korytarzu i czytała książkę, której jeszcze nie wydano*. Zagadałam do niej, rozmawiałyśmy i tak okazało się, że będziemy chodziły na to samo kółko biologiczne. Poznawałyśmy się, zbliżałyśmy się i w końcu pojawiła się przyjaźń. Pierwsze Andrzejki, Ssylwester itd. Stałyśmy się dla siebie bardzo bliskie.

Zawsze będę ją pamiętała jako osobę bardzo silną, twardą, lecz miłą i w środku delikatną. Tego czego mi najbardziej brakuje, to jej umiejętności słuchania ludzi. Nigdy nie zapomnę jak odeszła. Była dla mnie bardzo, bardzo ważna i nikt nigdy nie zastąpi mi jej, bo nikt nie jest tak wspaniały, jak była Ona.

Ola

* Kumpel pracujący wówczas w pewnym wydawnictwie, dawał nam czasem takie redakcyjne wydruki książek do poczytania; kiedyś także mój znajomy pisarz, nie wydaną jeszcze swoją książkę w takiej formie nam udostępnił. Którą z nich wówczas czytała Nadia, trudno stwierdzić...

Podejrzewam, iż moje słowa, mimo że są szczere, nie wniosą nic nowego. Nie ma sensu też pisać o tym, że bardzo Nadię lubię czy o czymkolwiek podobnym - wszak ma to być o Niej.

A jest dużo do pisania. "W trzech zwrotkach życia nigdy nie opowiesz" - śpiewa Andrzejczak (a może Cugowski?) i to prawda. Ile by nie napisać, i tak będzie za mało.

Chciałbym jednak napomnieć o niezwykłej sile, jaką charakteryzowała się Nadia, co właściwie w niej podziwiałem. A gdy już kogoś podziwiam, muszę mieć do tego solidny powód. W moich oczach bowiem była zawsze była dziewczyną nie do złamania, która mimo wszystkich życiowych przeciwności parła naprzód. Odbiło się to także na niezwykłym zapale do obrony swoich poglądów, wiecznie dobrym humorze - a przynajmniej dobrze skrywanym złym - i sporej samodyscyplinie. Ale największe nawet zalety typu siła, odwaga czy wiedza nie mogą zjednać sympatii, takiej prawdziwej, płynącej z głębi duszy i tego małego fragmentu mózgu odpowiedzialnego tylko i wyłącznie za lokowanie uczuć. W zasadzie mam nadzieję, że zawsze byłem jej przyjacielem, miała bowiem tę nienazwaną cechę, która sprawiała, że rozmawiając z nią czułem się dobrze...

Adam


Nie pamiętałam dokładnej daty, kiedy poznałam Nadię, z kalendarzem w ręku na pewno bym sobie przypomniała, ale nie zapisałam tego faktu, tak jak Ona w pamiętniku, bo nie prowadzę pamiętnika, nigdy nie prowadziłam, nie lubię pisać i nie umiem.

O śmierci Nadii dowiedziałam się 22.06.2008 r. wieczorem, ostatni raz widziałam się z Nią i rozmawiałam w czwartek 19.06.2008 r., tego dnia dużo czasu spędziłyśmy razem, przyszła do mnie do klasy, siedziała ze mną w ławce, na moich lekcjach, na podłodze, na przerwach, bo Ona w tym dniu, już zakończyła swój rok szkolny. Potem odprowadziłam Ją na przystanek, nawet woźna mi pozwoliła wyjść ze szkoły, i wróciłam z powrotem na lekcje, umówiłyśmy się na poniedziałek.

Cieszę się, że powstał blog o Nadii i dla Nadii, i dla nas wszystkich, i że ma Pani siłę.

Odkąd pamiętam, "Gra w klasy" Cortazara zawsze była w domu, bo to ulubiona książka mojej mamy. Zaciekawił mnie kiedyś tytuł, no bo gra w klasy, ale kiedy się zorientowałam, że to nie taka gra, o jakiej ja myślę, to przestałam interesować się książką. Później, kiedy mama mi ją polecała i tłumaczyła, że gra w życie, też jest w jakiś sposób grą w klasy, też po nią nie sięgnęłam. Pamiętam, kiedy powiedziałam mamie, że Nadia też bardzo lubi Cortazara. Ucieszyła się i powiedziała, że może Nadia mnie w końcu przekona. Ucieszyła się nie tylko dlatego, że Nadia mnie przekona, ale tak w ogóle, cieszyła ją każda moja informacja o Nadii, bo cieszyła się razem ze mną, że poznaję kogoś fascynującego, inteligentnego i mądrego. I pod koniec wakacji zaczęłam czytać " Grę w klasy ", ze względu na Nadię. I nie tylko ja.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że lepiej unikać ludzi na których nam zależy, bo albo ich krzywdzimy, choćby nieświadomie, ale jednak, kiedy ich oswoimy i są nasi, to zaczynamy się o nich bać, i jest jeszcze trudniej albo odchodzą, i lepiej zadawać się z idiotami, jest łatwiej.**

Żałuję, że nie interesowałam się Nią, tak jak Ona mną, ale to jak mawiał Gombrowicz "z nadmiaru uszanowania " dla Jej wiedzy, inteligencji, oczytania.

Sara

To wyjątki z listu o Nadii od Sary, bardzo Ci dziękuję, że mi to wysłałaś i zachowałaś chociaż część rozmów z Nią.

** Tu jednak się nie zgadzam, bo gdybyśmy mieli się zadawać z samymi idiotami, to nasze życie byłoby naprawdę pozbawione nie tylko sensu, ale i nudne. Nie można z góry zakładać, że stracimy to, co kochamy, bo stalibyśmy się niezdolni do miłości, a życie pozbawione prawdziwych, dobrych relacji z innymi, byłoby koszmarem nie do zniesienia... A przecież i tak nie jest łatwo. Myślę, że podstawową (choć nie oryginalną) nauką z takich wypadków, jest to, że o relacje z ludźmi musimy dbać codziennie, nie od święta, nie możemy tego odkładać na później, bo czasem nie ma tego później. Każdego dnia warto żyć tak, jakby ten dzień był jedyny.

mamaNadii (15:26)

Nadia i zwierzaki (30 października 2008)

Wskanowałam kilka zdjęć ze zwierzakiami.

Poniżej: epizod koński w Bochni oraz papużki na codziennym "wietrzeniu".




Tutaj:
fascynacja kozami we Francji, kotka ojca Nadii - Manouche oraz Bono.




Kuba, najchętniej trzymany przy lub na sobie, znowu koza, dalmatynka - znajda zwana Kropką, Bono, Kuba, Nadia i Bono.



mamaNadii (14:50)

psykoty (nie-mechaniczne) (27 października 2008)

Tą zbiorową nazwą „psykoty”, określałyśmy zestaw domowych zwierzaków, zazwyczaj złożony z dwóch osobników: psa i kota, chociaż był i okres, kiedy były dwa psy i kot. Osobiście uważam, że jedynie alergie usprawiedliwiają dom bez zwierząt, a dzieci powinny się wychowywać mając codzienny z nimi kontakt. Był też okres kiedy Nadia miała papużki faliste – Felka i ...?, na chwilę pojawił się też znaleziony (sic!) obok domu żółw – oddany kilka tygodni później, kiedy się okazało, że uciekł komuś z domu jakieś 100 czy 150 metrów od naszego. Żółwie są diabelnie szybkie, trzeba uważać, bo mojemu bratankowi też uciekł, spuszczony na chwilę z oka (dzięki temu, miałyśmy za to „oprzyrządowanie” dla późniejszego znaleziska)!

Nadia uwielbiała zwłaszcza koty, miała nawet okres prawdziwej kociej manii: zakładała z ówczesną przyjaciółką „Klub Kotów”, miała kocie pseudonimy, no i bez przerwy je rysowała i o nich pisała. Miała też rozmaite zabawki, maskotki, figurki, notesy z kotami, itd.

Te, na zdjęciu poniżej, zrobiłam ja, według jej projektów, żółty kot jest starszy i nazywa się Giotto (do dzisiaj nie wiem, skąd Jej się wzięło to imię; miała jakieś 5, 6 lat, kiedy został zrobiony i nic nie wiem o tym, aby miała wówczas jakąś wiedzę o malarstwie Giotta, które ja uwielbiam – freski w Asyżu nie do opisania, ale to widać dopiero na żywo), różowy to kotka Lara (od Lary Croft, którą w pewnym czasie też się fascynowała) młodsza o kilka lat. To były Jej ukochane zabawki, chociaż wykonane raczej nieudolnie. Na tej fotce jeszcze nalepka na ścianie, czyli jeden z kotów, które chwilowo nam, po śmierci naszego kota – Kuby (zdechł ze starości ok. 1,5 roku temu), zastępowały żywego kota.


Kuba był niesłychanie spokojny, by nie rzec – flegmatyczny i dzielnie znosił wszelkie pieszczoty i miętoszenie. Cały biały, z wyjątkiem „czapki” na głowie, ogona i czarnej kropki nad ogonem – co wyglądało z tyłu jak kropka nad „j”.

Aktualny pies nazywa się Bono (bez związku z wokalistą U2 – został nabyty już wraz z imieniem, a właściwie, nabyta została obroża i smycz, a pies był za darmo – stąd często nazywany Bonusem), to wyjątkowo poczciwe bydlę, bardzo pogodne, towarzyskie i zabawne. Można go wytargać za uszy, sprać po pysku, a on to po prostu uwielbia. Śmiałyśmy się, że jest idealnym „odpiorcą” – takim odstresowywującym niedźwiadkiem do zabawy. Dzielnie dotrzymywał Nadii towarzystwa; kiedy mnie nie było w domu i zostawała sama, co od śmierci babci, niestety było codziennością. Dzięki niemu i ja byłam spokojniejsza, wiedząc, że jest nie tylko miłym towarzyszem, ale i najlepszym „alarmem” i odstraszaczem niepożądanych gości. Bo jednak mimo poczciwej natury wzbudza w obcych respekt.

Był też oczywiście pretekstem do wymyślania różnych powiedzonek, np.: Bonuszek w większości składa się... z uszek!


Jest dużo zdjęć Nadii ze zwierzakami, chociaż nie z ostatnich lat, tylko jako dziecka, nie mam ich niestety w komputerze, ale może niektóre wskanuję. Za to w Jej telefonie pełno było fotek kotów i naszego psa. Mam także dwa filmiki z udziałem Bono, jeden z nich kręciła Nadia i słychać Ją w tle.

mamaNadii (19:17)

rodzicielskie nietakty (25 października 2008)

Kiedy latem, dwa lata temu okazało się, że mogę wysłać Nadię na obóz do Grecji, łaskawie się zgodziła, ale bynajmniej nie wykazała entuzjazmu ( i pisała w dzienniku: co ja tam niby będę robić, bez radia, internetu, płyt DM...). Ale oczywiście później była zadowolona, że pojechała i całkiem nieźle się tam bawiła.

No właśnie, a jedną z licznych trudności rodzicielstwa jest domyślanie się, co też ukochanemu dziecku sprawiłoby przyjemność. A one potem wcale jakoś tego nie doceniają.

Podobno dzieci "z definicji są niewdzięczne" :-)))

A napis na koszulce głosi: kocham moje dzieciątko!



28.07.06

EST NEWS FROM GREECE

Cytat dnia: "Black Celebration" Depechów to dobra płyta? Chciałabyś (sma od Lucyana* z dnia dzisiejszego, z godz. 17:54 czasu polskiego).

No tak, oczywiście pytanie zawarte w cytacie, a nawet oba pytania były oczywiście głupie.

A jak ktoś nie zna odpowiedzi:

- Chciałabym każdą płytę DM

- Każda płyta jest dobra (oczywiście każda DM).

- BC jest dobra, podobno jedna z najlepszych**

Więc płytkę już mam, nie mogę się doczekać, jak ją zobaczę i posłucham! Chociaż tu w Grecji całkiem fajnie.

Ad/Mag znowu wyleciały. Znowu nie wiem, gdzie, po co i o co w ogóle im łazi.

Dzisiaj wieczorem, niedawno, wieczór jeszcze trwa, przed dziesiątą jest teraz, gwar, mechaniczne pieski i tak dalej, więc niedawno byłyśmy na takiej jakby przechadzce po badziewnych sklepikach; niby we wszystkich krajach jest takie badziewie dla turystów, ale wszędzie jednak jest trochę co innego i to ma swój sens i urok.

Czadersko było, kto by to pomyślał i kto by to jeszcze pamiętał, że z badziewnymi sklepikami można miec taki ubaw... Ja i Mag wniebowzięte. Znalazłyśmy taki jeden sklepik, gdzie koniecznie trzeba będzie wrócić. Wrócić w To Miejsce, bo tako go nazywam! To Miejsce właśnie. Kupię tam... sobie breloczek z małą Koreanką, może skórzaną bransoletkę, plecioną albo z ćwiekami czy czymś takim, Lucyanowi afrykańską torebkę czy coś w tym stylu, Agentowi np. małą laleczkę w tradycyjnym greckim stroju, może coś jeszcze... BOSKIE badziewie. Boskie. O, sobie może jeszcze jakieś znaczki do przypięcia na torbę, chociaż w sumie to wszędzie można. Nawet niedrogo tam było. Szkoda, ze nie mogę sobie pozwolić na T-shirt, np. z napisem GOOD WINE IS STILL, NOT BEER czy coś, ale mogę się im przyjrzeć bliżej i zapisać hasełka, a później namalować sobie takie na koszulce... Ta, ale cóż, kasa, kasa...

A de facto chyba najlepsze jest tu to, co dostaje się za darmo. Wałęsanie się po restauracyjkach, badziewnych deptakach, tałatajskich sklepikach, zachłamionych zakątkach, pachnących dojrzałymi melonami (pycha!), warzywniakach, straganach, kramikach... Muszelki zbierane na plaży i w morzu, ciepłe, łagodne morze jak talerz zupy, zawleczki od puszek*** niejednokrotnie wyzbierane z ulicy. Widoki, latarnie nad plażą, piasek przesypujący się w butach, widok morza zlewającego się z niebem...

O, k..., zaczęłam trochę przesadnie poetyzować, już nie będę; dorzucę jeszcze, jakże prozaicznie, do tej wyliczanki, wkurzające szczekanie mechanicznych piesków. Nawiasem mówiąc, ci, którzy te wnerwiające zabaweczki sprzedają, zrobiliby o wiele lepszy interes , sprzedając możliwość pokopania, wdeptania w grunt czy w jakikolwiek inny sposób zniszczenia takiego pieska. Chociaż mnie osobiście zbytnio to nie bawi. Ale mechanicznego kotka, choćby i wkurzająco rozmiauczonego, sama bym kupiła – gdyby takie były i gdybym mogła powyrzucać trochę kasy na tego typu pierdoły. (...)

*Lucyan to ja oczywiście

** Płytę winylową "Black Celebration" udało się Nadii kupić rok później we Francji

***zawleczki od puszek zbierała Magda i Nadia dla niejego się z niebem...

k m ek przesypujący się w butach, widok m orza , zawleczki od puszek niejednokrotnie wyzbierane z ul

mamaNadii (20:43)

ślady (23 października 2008)

Po latach przerwy przypominam sobie język angielski. Jestem zaskoczona swoją pamięcią (mile). Tym bardziej mi się chce uczyć (absolutnie bez przykrości, to raczej przyjemność) im bardziej pozwala mi to docenić swobodę Nadii w posługiwaniu się tym językiem i różnymi jego odcieniami, im lepiej pozwala mi „Ją poczuć” ( i znowu to dziwne uczucie, że Ona widziała więcej, dalej...). Ciągle próbuję iść po tych śladach i nawet widzę te strzałki wskazujące drogę...

notes for "make me feel"

make me feel your anger

make me feel your pain

make me feel all your life

make me understand

make me feel your feelings

make me live your life

make me dream your nightmares

make me know you

make me feel you

make me feel your weakness

make me feel your love

make me feel all of you

make me feel your anger

make me feel your pain

make me feel

make me feel all of you

Fotki z 1 listopada zeszłego roku.

„calling”

flying on a calling

relying on the past

saying i'm not going

clutching at what seems to last


mamaNadii (23:58)